Drodzy czytelnicy? W jakim jesteście wieku? Czy pamiętacie wyroby czekoladopodobne, kawę plujkę, wodę w syfonach czy kotlety z mortadeli albo ziemniaki z kefirem? A pamiętacie świeżutkie mleko prosto od chłopa, który codziennie przywoził je autem z przyczepką pod blok i zbierało się całe osiedle, kupując mleczko w cudnych szklanych butelkach? Mleko w sklepie? W woreczku!. Pamiętacie czasy imienin rodziców, dziadków i dalszych krewnych, gdzie zbierała się cała familia, aby się spotkać, napić domowych procentów i zjeść zimne nóżki czy klasyczną sałatkę jarzynową19? A kaszanka? Do dziś pamiętam jak Tata smażył kaszankę z cebulką na kolację. Ten zapach, który unosił się w kuchni zostanie mi w głowie na zawsze.

Pomimo tego, że można pewne rzeczy odtworzyć z tamtych czasów – czy też macie wrażenie, że to już nie to samo?

W okresie PRL-u jedzenie miało być sycące, a jeśli jego głównym elementem było mięso, miało ono wymiar symboliczny. Mięso dla dużej części społeczeństwa było miarą dobrobytu, a codzienne zjedzenie kotleta było równoznaczne z awansem społecznym. W codziennym menu przeważały dania mączne, ziemniaczane i tłuste – kaloryczne, aby zaspokajać głód osób pracujących fizycznie. Jestem zbyt młoda, aby pamiętać te czasy, ale wiem, że wszelkie rarytasy były od święta – powodem był brak produktów a te co udało się „upolować” były skrzętnie przechowywane na odpowiednią okazję. Zawsze, gdy o tym myślę przypomina mi się scena z moje ulubionego filmu Kogel Mogel i cytat „Zastaw się, a postaw się. Staropolskie obyczaje, cholera jasna!”.

Z perspektywy 30-latki, która mało pamięta z czasów tzn. pustych półek (raczej z opowieści rodziców) dzisiejszy dostęp do produktów kulinarnych jest w zasadzie nieograniczony (tylko finansowo). A jednak powrót do smaków dzieciństwa jest tak trudny. Czy zależy to od jakości składników? Zmieniającego się smaku? Klimatu tamtych czasów? Raz na jakiś czas, szczególnie w letnie poranki przypomina mi się jak podczas wakacji tata robił nam na śniadanie kakao i kanapki z żółtym serem, na którym rysował ketchupem buźki lub robił napisy. Wtedy kakao typu Nesquik (nie pamiętam jakie to dokładnie było – zdaje się, że jakieś niemieckie) to był szczyt marzeń. Do dziś pamiętam smak tych kanapek popijanych kakao. Nieustannie kojarzy mi się z wakacjami.

Pamiętam też, jak wracałam ze szkoły i klasykiem na stole była zupa pomidorowa (do dziś najpopularniejsza zupa w polskich domach), a na drugie ziemniaki, mizeria i kotlet „schabowy” z mortadeli. To było coś. Niestety kotlety z dzisiejszej mortadeli to ani ten smak, ani zapach. No i do obiadu kompot – Mama nadal taki robi i to się chwali. Zdrowo i pysznie (bez kosmicznej ilości cukru).

Jakiś czas temu podczas wizyty u moich teściów przypomniał nam się smak wody z syfonu. Aktualnie można taką wodę także kupić. Jakaś taka frajda jest w tym momencie. Taki powrót do przeszłości. Zresztą, zauważam od jakiegoś czasu, że wiele firm i restauracji próbuje przywrócić klimat lat 80-90. A fast-foody – no cóż – może nie świecą pustkami – ale nie są już rarytasem. Tak rarytasem – bo takim były w latach 90-tych. Pamiętam pizzerię przy moście, do której rodzice czy babcia zabierali nas z okazji dnia dziecka, zakończenia szkoły itp. Pamiętam smak tej pizzy (taki jak dzisiejsze mrożonki), który właśnie był rarytasem dla nas dzieciaków. Hamburgery – super nowość zza oceanu, robiona przez panią Halinkę, z prawdziwym hamburgerem mające tylko wspólną nazwę. Ale smak był. A jakże. Nie zapomnę go nigdy. A dziś rarytasem są dania rodem z PRL-u. Imprezy typu lata 80-90? Czemu nie. Swojsko, klimatycznie i smacznie. A to tego – mimo wszystko tanio. Skoro sklepy świeciły pustkami, trzeba było sobie radzić. Nie mówię tu tylko o pustych półkach, ale głównie o małym wyborze produktów, co aby stworzyć w kuchni coś wyjątkowego i pysznego (w porównaniu z dzisiejszą perspektywą) było nie lada wyzwaniem.

Będąc w temacie lat 80- i 90-tych nie sposób nie wspomnieć o kultowych imprezach rodzinnych jak imieniny. Każdego. Nie było miesiąca, aby cała familia nie spotkała się na posiedzeniu, w ilości przynajmniej dwucyfrowej. Zawsze na tą okoliczność stół zastawiany był suto. Na śnieżnobiałym wykrochmalonym obrusie. Dania – klasycznie. Sałatka jarzynowa to podstawa, do tego śledziki, obowiązkowo flaczki i bigos, oczywiście zimne nóżki, tatar czy jajka w majonezie. To były czasy. To były najlepsze przepisy na dania rodem z PRL-u. Jakoś tak rodzinniej było, wolniej, przyjemniej. Chleb smakował chlebem… I te domowe przetwory – u moich rodziców zawsze były ogórki konserwowe, papryka i marynowane grzybki. Zawsze! I wiecie co? Jest tak do dziś!

Z czasów wczesnoszkolnych (początek lat 90) pamiętam pasztety i paprykarze – obowiązkowe wyposażenie na biwak, oczywiście słynną oranżadkę w proszku, „ciasto galaretkowe” czyli kolorowe galaretki pomieszane ze słodką śmietaną i zastygnięte w formie ciasta. Albo przekąskę jeszcze z dzieciństwa mojej babci – pajda chleba z wodą i cukrem. Obłęd. U babci też wyjątkowo często – ryż z cukrem i śmietaną – taki ryż, który Babcia gotowała „w pierzynie”. Robi tak po dziś dzień. Albo rarytas – szare kluski okraszone słoninką i posypane białym serem. Do dziś, gdy odwiedzam Babcię zamawiam u niej to danie i wiem, że robią też tak pozostałe Jej wnuki. I dwie kultowe u Babci zupy – zalewajka i krupnik. Jako dziecko nie przepadała, dziś dałabym wiele za zupę Babci.

W czasach, gdy z owoców mogliśmy uświadczyć te z własnego ogródka lub typowo polskie jabłka, gruszki, śliwki, wiśnie czy owoce „krzakowe”, owoce egzotyczne były… egzotyczne. Gdy zimą pojawiały się cytrusy trzeba było nakupić ich ile wlezie i koniecznie przechować je jak najdłużej. Sposobem w moim rodzinnym domu było robienie soku pomarańczowego, gotowane i pasteryzowanego. Słodkiego i zapewne pozbawionego większości składników, ale jakże pysznego. Muszę zapytać Mamę czy ma gdzieś jeszcze ten przepis :) Jak ma to Wam pokażę.

Święta. To zawsze magiczny czas. Rodzinny i smaczny. Od wielu lat nie miałam takich świąt jak w dzieciństwie – pełnych ludzi, gwaru i śmiechu. Ale smacznie jest nadal. Tradycyjnie pierogi z kapustą i grzybami, śledzie na słono i kwaśno, barszczyk czerwony, krokiety, czasem kutia, grzybowa czy smażony karp. Ta tradycja kulinarna chyba w naszym kraju zachowała się najbardziej. I dobrze.

Dziś, gdy w sklepach mamy przesyt dosłownie wszystkiego, restauracje i bary kuszą nas wyszukanymi daniami kuchni z każdej części świata do łask wraca tradycyjna kuchnia polska – proste, tanie i smaczne dania. Ostatnio w modzie jest organizowanie imprez i domówek w klimacie PRL-u, gdzie podstawą jest kieliszek wódki i zagrycha w postaci śledzika. Wśród moich znajomych też ta moda panuje i właśnie planujemy spotkanie w miłym gronie i towarzystwie smalcu z cebulką, domowej kiełbasy i śledzi. Obiecuję dostarczyć Wam przepisy na potrawy rodem z PRL-u.